Fri, May 28, 2021Przeczytasz w 10 minutBernhard Meuser

Matka Boża

Jezus przekazał Kościołowi tę symbiotyczną jedność, jaką miał z Maryją, kiedy „przyjął ciało z Maryi Dziewicy”.

Ⓒ Zdjęcie: franciscogonzalez z serwisu Cathopic

Co to jest?


Nazywanie Maryi, prostej kobiety z Galilei, „Matką Bożą” lub „Bożą Rodzicielką” (greckie Theotokos) wywoływało i nadal wywołuje wiele kontrowersji. Nazwanie Jej „Bożą Rodzicielką” po raz pierwszy pojawiło się w modlitwie już w III wieku po Chrystusie. Modlitwa ta nadal jest znana i powszechnie odmawiana: „Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko…”. Święty Grzegorz z Nazjanzu pisał około roku 382: „Kto świętej Maryi nie uważa za Bogarodzicę, jest oddalony od Boga”. W YOUCAT w numerze 82 możemy przeczytać: „Kiedy we wczesnym chrześcijaństwie spierano się o to, kim był Jezus, tytuł Theotokos („Bogarodzica”) stał się znakiem rozpoznawczym prawowiernej interpretacji Pisma Świętego: Maryja nie urodziła tylko człowieka, który po narodzeniu «stałby się» Bogiem, lecz już w Jej łonie Jej dziecko jest Synem Bożym. W tej kwestii nie chodzi w pierwszej mierze o Maryję, lecz o odpowiedź na pytanie, czy Jezus jest jednocześnie prawdziwym człowiekiem i prawdziwym Bogiem”. W 431 roku Sobór Efeski oficjalnie potwierdził tę naukę i przekazał wszystkim wierzącym jako wiążącą.

Co mówi Pismo Święte?


W wielu miejscach w Nowym Testamencie Maryja jest wymieniana jako Matka Jezusa, ale tylko w jednym miejscu Jej macierzyństwo jest związane bezpośrednio z Bożą interwencją. Chodzi o następujący fragment z Ewangelii według Świętego Mateusza: „A oto jak było z narodzeniem Jezusa Chrystusa: Matka Jego była zaręczona z Józefem. Zanim jednak zamieszkali razem, poczęła z Ducha Świętego” (Mt 1, 18). Przez narodziny z Dziewicy (por. Iz 7, 14) „Bóg chciał, żeby Jezus Chrystus miał prawdziwą ludzką matkę, a samego tylko Boga za Ojca, ponieważ chciał, aby nowy początek nastąpił mocą Jego Słowa, a nie sił natury” (YOUCAT 80).

Mała katecheza z YOUCATem


Gdyby Kościół zapomniał o Matce…

Radykalny feminizm, który na szczęście już nie pociąga wielu młodych kobiet tak mocno jak kiedyś, miał swojego wroga numer jeden: matkę. W tej wizji kobieta mogła być powołana do robienia wszystkiego – do bycia członkiem zarządu wielkiej korporacji, zawodowym sportowcem wyczynowym, kierowcą ciężarówki – ale nie do bycia matką. Gdy czyta się teksty Simone de Beauvoir (1908-1986), „matki feminizmu”, to naprawdę trudno jest pojąć, że jakakolwiek kobieta mogła wpaść na tak absurdalny pomysł „uwolnienia się” od własnej natury. Pani Simone pisała, że ​​kobiety muszą uciec „od niewoli macierzyństwa”, zaś dziecko w łonie matki jawiło się jej jako „pasożyt”. Dwukrotnie zabiła swoje nienarodzone dzieci, a nawet założyła klinikę aborcyjną w swoim paryskim salonie. Niemiecki filozof Robert Spaemann powiedział: „Emancypacja od naszej natury może oznaczać tylko jedno: oderwanie od nas samych”. Nieszczęsne duchowe córki pani Simone co roku spotykają się na demonstracjach żądających prawa do pełnej aborcji albo głośno krzyczą z chodnika do uczestników marszów dla życia i rodziny: „Gdyby Maryja dokonała aborcji, oszczędzono by nam Jezusa!”.

Największa symbiotyczna jedność między dwojgiem ludzi pojawia się wtedy, gdy człowiek przychodzi na świat poprzez dojrzewanie w ciele innej osoby. Prawdopodobnie u każdej kobiety, która kiedykolwiek tego doświadczyła, pojawia się to samo głębokie doświadczenie: chociaż od pierwszej sekundy zapłodnienia jest jasne, że istota, która chowa się w głębi jej wnętrzności, to ktoś inny, inna osoba, to część jej ciała, a jednak nie jej ciało, to jednak potrzeba dużo czasu, aby sercem i umysłem kobieta mogła odkryć ten sekret. Dziecko potrzebuje też trochę czasu, a niekiedy nawet całego życia, aby zrozumieć, że nie jest nieodłączną częścią mamy…

Maryja karmiąca Dzieciątko Jezus. Obraz z katakumb Pryscylli w Rzymie z ok. II wieku.

Jezus Chrystus miał Matkę

To, że Bóg wykorzystał właśnie tę niezwykłą tajemnicę każdego ludzkiego istnienia, jest częścią tej tajemnicy, które nadaje chrześcijaństwu posmak prawdy. W wyniku zwiastowania przez anioła galilejskiej, wiejskiej dziewczynie, która mogła mieć wtedy zaledwie 14 lub 15 lat, coś w Niej wzięło swój początek, co sama odczuwała jako wzrost Kogoś nowego w Jej wnętrznościach – jako nowe Ciało z Jej ciała. I to nie był tylko ktoś inny, ale KTOŚ zupełnie inny: Bóg.

Maryja, jak każda matka, w pełni poczuła jedność ze swoim Dzieckiem, z Jezusem, ale także wcześniej uświadomiła sobie wyjątkową nie-jedność. Prości pasterze proroczo uświadomili Jej i Józefowi, co niebo pełne aniołów ogłosiło o ich „Niemowlęciu owiniętym w pieluszki i położonym w żłobie”: „Dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, który jest Chrystusem Panem” (Łk 2, 11-12). Ktoś mógłby pomyśleć, że takie słowa podziałają jak zapalnik dla ekstatycznej miłości Matki do Dziecka. Jednak tak nie jest: w dalszej części Ewangelia lakonicznie stwierdza, że „Maryja zachowywała wszystkie te słowa i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2, 19).

Maryja była z pewnością jedyną Osobą, która była najgłębiej, jak to tylko możliwe, związana z Jezusem. Jednocześnie jednak musiała przeżyć gorzkie dla jakiejkolwiek matki doświadczenie, że to Dziecko nie mogło być objęte żadną strukturą ziemskiej rodziny i rutyną klanu. Sam Jezus dosadnie to stwierdził, gdy na informację od przypadkowych osób: „Twoja Matka i Twoi bracia stoją na zewnątrz i chcą Cię zobaczyć” odpowiedział: „Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wprowadzają je w czyn” (Łk 8, 20).

Mimo to Ona, Matka, stała ofiarnie pod krzyżem po tym, jak wszyscy inni uciekli – oprócz najbardziej oddanego ucznia, Jana. Pieta Michała Anioła we wzruszający sposób na zawsze utrwaliła to, co czuła powszechna pobożność: ciało Bożego Syna zostało złożone na łonie Maryi, aby zwieńczyć tę wyjątkową symbiozę, która miała swój początek w chwili poczęcia. Symbioza oznacza bezszwową jedność. I to jest najważniejsze przesłanie, że jedności między Matką i Dzieckiem nigdy nie można zniszczyć – nawet jeśli martwe Dziecko spoczywa w ramionach Matki. Gdybyśmy nie ujrzeli za Pietą świtu zmartwychwstania, byłby to najbardziej ponury obraz na świecie: Matka i Dziecko zostaliby rozdzieleni na zawsze…

Kościół jest moją matką

Jezus zakłada nową rodzinę z krzyża. Mówi do swojego najwierniejszego ucznia, Jana: „Oto twoja Matka”, a do Maryi mówi: „Kobieto, oto Twój syn” (J 19, 26-27). Jak czytamy w YOUCAT w numerze 85: „Słowa, które Jezus wypowiedział z krzyża do Jana, zawsze rozumiane były przez Kościół jako zawierzenie całego Kościoła Maryi”. Sam Jezus przekazał Kościołowi tę symbiotyczną jedność, jaką miał z Maryją, kiedy „przyjął ciało z Maryi Dziewicy” (jak mówi nicejskie wyznanie wiary, które powtarzamy w czasie każdej niedzielnej Mszy Świętej).

Podobnie jak Maryja, również Kościół nie jest Jezusem. Ale tak jak Jezus nie stałby się człowiekiem bez tej niepozornej Dziewczyny, jaką była Maryja w chwili zwiastowania, tak dzisiaj Jezus nie mógłby być fizycznie obecny na świecie bez Kościoła. Oczywiście, Bóg może działać także poza Kościołem, ale przede wszystkim dał go nam jako matkę. „Im bardziej Kościół żyje na wzór Maryi, tym bardziej staje się jak matka, tym bardziej można się w nim odradzać w Bogu” – oto poruszające słowa brata Rogera Schutza, ewangelickiego duchownego, założyciela i przeora ekumenicznej wspólnoty z Taizé. Hans Urs von Balthasar, wielki teolog ubiegłego wieku, mówił o zasadzie maryjnej i miał na myśli, że niesłychana intensywność relacji między Maryją a Jezusem otwiera przestrzeń tak wielką jak cały Kościół. To tutaj dokonuje się wszystko, co jest życiem i miłością w Kościele; wszystko, co dzieje się z duchem słuchania i przyjmowania, miłosnego chodzenia z Jezusem aż po krzyż. Dzięki temu wszystkiemu możemy odnaleźć się w pełni w przestrzeni między Maryją a Jezusem: „Matko, źródło ukochania, / Daj mi siłę współczuwania / Tylu bólom, żalom Twym… / Daj pobożnie z Twymi łzami / Mieć Twój ból z Ukrzyżowanym, / Póki tym nie przejmiesz mnie” – mówi słynna pieśń Stabat Mater dolorosa. To właśnie znaczy być chrześcijaninem. Tutaj zaczyna się bycie uczniem Jezusa.

Kiedy Kościół zapomina o swojej Matce…

Kiedy Kościół zapomina o Maryi (a wraz z Nią pozbawia się miłości), staje się okropny, oschły i zimny. I rzeczywiście jest wtedy tak, jak ukazał to Hans Urs von Balthasar już w 1971 roku, a od tego czasu rozprzestrzeniło się to jakby jakaś epidemia: Kościół „w dużej mierze zatracił swoje mistyczne cechy; jest Kościołem nieustannych rozmów, organizacji, zespołów doradczych, zjazdów, synodów, komisji, akademii, partii, grup nacisku, funkcji, struktur i ich przekształceń, eksperymentów socjologicznych, statystyk…”.

W swoim sercu Kościół jest macierzyński. Nie wolno nam zatem posyłać naszej „matki Kościół” do domu starców, jakby był przestarzały i jakbyśmy byli zmuszeni odkrywać go na nowo. Wielki teolog ubiegłego wieku, Henri de Lubac powiedział: „Kościół jest moją matką, ponieważ dał mi życie, utrzymuje mnie przy życiu i… prowadzi mnie coraz głębiej w to życie”. ∎